Zakładki:
Moja strona
Moje blogi
Moje projekty
Blogi przyjaciół i znajomych królika :)
Miejsca magiczne
Czytam :)
Ezoteryka
Fotografia
Kobiece :)
Malarstwo
Natura i Ekologia
Poezja
Zwierzaki
Tagi
moon phases

Click for Warsaw, Poland Forecast

Wpisy z tagiem: buddyzm

środa, 24 lutego 2010
Tagowanie bloga

Właśnie się za to zabrałam, wcześniej tej funkcji nie było na bloxie. Ciekawe dlaczego blox decyduje za mnie, co ma być wielką literą, a co małą? Tym sposobem część znaków Zodiaku jest małą literą, a część wielką - Skorpion z wielkiej, ale już Waga czy Rak z małej. Za to np. chrześcijaństwo jest z automatu z wielkiej... Już buddyzm czy hinduizm nie. Przepraszam zainteresowanych, ale to nie zależy od mnie.

Blox na edycje nie reaguje i wielkość liter ustanawia z góry. Grrr.

 

piątek, 12 grudnia 2008
Jedno zdanie z wykładu

Celem życia jest radość i szczęście.

Dalajlama,
11.12.2008, Warszawa

wtorek, 21 października 2008
Tęcza z Hawajów

W piątek byłam na warsztacie tańca Hula, prowadzonym przez Susan Pa'iniu Floyd. Myślę, że w wolnej chwili napiszę relację na społecznościowy portal Huna - kochać, to dzielić się radością życia tu i teraz, bo to była nie tylko nauka śpiewu i kroków 2 tańców hawajskich, ale i konkretny pokaz Huny w praktyce. Na warsztacie zadziała się magia :)

Susan Pa'iniu Floyd poprowadziła ten warsztat rewelacyjnie - bardzo mi się podobały szczególnie te momenty warsztatu (który w sumie trwał prawie 5 godzin):

1. pierwszy, kiedy Susan bardzo ładnie poświęciła uwagę młodej matce, ktorej jedna z uczestniczek strofowała żądajac, żeby jej dziecko przestało biegać po sali; Susan błyskawicznie to wyłapała i opowiedziała o tym, jak to na Hawajach nawet kiedy w trakcie oficjalnych uroczystości tańczy największy mistrz Hula, to jego wnuczka plącze mu się pod nogami i to naturalne; poza tym powiedziała, wciąż patrzac na tą młodą matkę i nie udzielając żadnej uwagi osobie strofującej, żebyśmy nie myśleli, że taniec przy jednym biegającym to hard core; ostro jest prowadzić warsztat z Hawajczykami, bo wtedy KAZDY przychodzi w własnym dzieckiem :P Naprawdę piękna lekcja zasady Makia :)

2. pod koniec warsztatu okazało się, że pieniądze za warsztat, jak i z całej trasy, są przeznaczone przez Susan na leczenie żywego skarbu Hawajów, wujka George'a Na'ope, który jest współtwórcą wielkiego Festiwalu Hula, dzięki któremu ta tradycja od czterdziestu lat nie tylko jest podtrzymywana, ale i rośnie :)

Dla wyjaśnienia - taniec Hula ma dla Hawajczyków taką wartość kulturową, jak nasze obrazy Rembrandta czy muzyka Mozarta, nie traktujcie tego w żadnym razie jak Cepelii.

Bardzo ciekawa forma zbiórki pieniędzy - odbieram takie rozdanie kart jako hawajską dumę - wujek George nie potrzebuje jałmużny, Susan tak to zrobiła, że na warsztat przyszły osoby, które chciały nań przyjść, a nie te, które przyszłyby z litości. Bardzo ciekawe podejście, podbijające pozytywną energię, jaka została zebrana, w formie materialnej i niematerialnej.

I same tańce:

- pierwszy taniec, tradycyjny, jakiego się uczyliśmy opowiadał o jednej z przygod Bogini wulkanów, Pele. Piękny, gorący i mroczny jak płynąca lawa :)

(myślę, że było nas jakieś 50 osób, może trochę więcej; z przewagą kobiet, ale trafiło się też paru sprytnych facetów, którzy w nagrodę nie tylko uczyli się tych tańców, ale i mogli sobie popatrzeć na morze wdzięcznie kołyszących się kobiecych bioder, ubranych w bajecznie kolorowe suknie w hawajskim stylu - kwiaty hibiskusa i inne, dzika tropikalna zieleń + delfiny, wieloryby, kolibry i co tam jeszcze kto chce :)) - ruch bioder jest to podstawa w tańcu Hula :)

- drugi taniec, współczesny, napisany przez przyjaciela wujka Georga'a po tym, jak szczęśliwie udało im się wylądować po burzy w Japonii i schodząc z samolotu, zobaczyli tęczę :) I Kawaikapuokalani Hewett napisał o tym piosenkę :)

TęczaOtóż w piątek w Warszawie, kiedy jechałam na warsztaty, była tęcza, dokładnie taka jak w piosence, przepleciona chmurami :)

Zbieg okoliczności? Nie sądzę :) Dwa dni wcześniej kupiłam sobie zawieszkę do kluczy, w kształcie tęczy właśnie :) Idąc na warsztat, nikt nie wiedział, jakich tańców będzie uczyć Susan, te informacje nie były nigdzie podane. Ksero z tekstami piosenek były zrobione już dawno temu, wiec jeśli jakiść sceptyk wyobraża sobie, ze ktoś na kwadrans przed warsztatami wyjrzał przez okno i w te pędy poleciał zrobić ksero tego utworu dla 60 osób, to się grubo pomyli.

Kiedy Susan zaczęła tłumaczyć i wyjaśnieć symboliczne znaczenie tej pieśni i tańca, poczułam, że trzeba jej to powiedzieć, bo przecież nie widziała jej, w czasie mojego dojazdu do Muzeum Etnograficznego, gdzie był warsztat, siedziała w pomieszczeniu i nie miała okazji zobaczyć tej tęczy.

Kiedy o tym usłyszała, wyraźnie się ucieszyła, bo i dla niej to był znak :) Opowiedziała, że już raz przeżyła taką sytuację w Niemczech, w podobny sposób. Rozmawiała z kimś o wujku George'u i tęcza zajaśniała za oknem :) Trochę mi to przypomina rożne buddyjskie historie. Moze kiedyś opiszę synchroniczną historię medytacji serca hunowo-buddyjską oraz podobieństwa między Qigongiem a Hula.

Podstawowym znaczeniem tęczy jest to, że to most pomiędzy Ziemią a Niebem. To piękna bransoleta, która łączy widzialne z niewidzialnym, górę z dołem, mikro z makro :) Ta tęcza w piątek to mirakl w czystej postaci :)

środa, 02 lipca 2008
O szczęściu

Biała TaraAstromaria wygrzebała w otchłaniach Internetu bardzo fajny wywiad z Wojciechem Tracewskim o buddyźmie: KLIKNIJ TUTAJ.

Podoba mi się ta rozmowa, między innymi dlatego, że facet podkreśla wartość szczęścia, a nie cierpienia. Szczerze mówiąc, jedną z rzeczy, jaka mi się nie podoba w chrześcijaństwie, w tym wydaniu, w jakim się z nim zetknęłam, to właśnie to umiłowanie i wynoszenie na piedestał cierpienia. To, że słowo "miłość" pada z ambon nader często jakoś nigdy mnie nie przekonywało, ponieważ jednocześnie pada masa słów, które świadcza o tym, że chodzi o podporządkowanie.

Obserwując niektóre opisy buddyzmu, ma się wrażenie, jakby to było chrześcijaństwo bis, gdzie wszystko prowadzi do cierpienia, więc wszystkiego trzeba unikać, chroniąc się w nirvanie, która tak opisywana przypomina mi tęsknotę za życiem płodowym, co bardzo ładnie na gruncie psychologii badał i opisał Stanislav Grof.

Owszem, życie bywa ciężkie, czasem nawet bardzo, ale skupianie i celebrowanie tej części, która wymaga pracy,zarówno wewnętrznej, jak i zewnętrznej, przejawionej w świecie materialnym jest jak strzelanie sobie w kolano.

Ten wywiad jest bardzo fajny, bo przełamuje takie popowe, w gruncie rzeczy płaskie podejście do kwestii życia tu i teraz a samourzeczywistnienia. Uśmiechnęłam się, słuchając porównania Jaźni do Słońca, które zawsze jest. Tak właśnie czuję :)

sobota, 29 września 2007
Życie jako jeden dzień, śmierć jako jeden sen
Dzisiaj w półśnie naszła mnie wizja: każde życie jest jak jeden dzień, przerwy pomiędzy nimi to czas snu i wypoczynku :) Dawno temu Budda powiedział jednemu ze swoich uczniów, że każdy człowiek przeżywa więcej wcieleń, niż rośnie liści na drzewie Bodhi. To, co zobaczyłam, jest bardzo podobne do tego przekazu.