Astromaria wygrzebała w otchłaniach Internetu bardzo fajny wywiad z Wojciechem Tracewskim o buddyźmie: KLIKNIJ TUTAJ.
Podoba mi się ta rozmowa, między innymi dlatego, że facet podkreśla wartość szczęścia, a nie cierpienia. Szczerze mówiąc, jedną z rzeczy, jaka mi się nie podoba w chrześcijaństwie, w tym wydaniu, w jakim się z nim zetknęłam, to właśnie to umiłowanie i wynoszenie na piedestał cierpienia. To, że słowo "miłość" pada z ambon nader często jakoś nigdy mnie nie przekonywało, ponieważ jednocześnie pada masa słów, które świadcza o tym, że chodzi o podporządkowanie.
Obserwując niektóre opisy buddyzmu, ma się wrażenie, jakby to było chrześcijaństwo bis, gdzie wszystko prowadzi do cierpienia, więc wszystkiego trzeba unikać, chroniąc się w nirvanie, która tak opisywana przypomina mi tęsknotę za życiem płodowym, co bardzo ładnie na gruncie psychologii badał i opisał Stanislav Grof.
Owszem, życie bywa ciężkie, czasem nawet bardzo, ale skupianie i celebrowanie tej części, która wymaga pracy,zarówno wewnętrznej, jak i zewnętrznej, przejawionej w świecie materialnym jest jak strzelanie sobie w kolano.
Ten wywiad jest bardzo fajny, bo przełamuje takie popowe, w gruncie rzeczy płaskie podejście do kwestii życia tu i teraz a samourzeczywistnienia. Uśmiechnęłam się, słuchając porównania Jaźni do Słońca, które zawsze jest. Tak właśnie czuję :)